piątek, 24 marca 2017

Atlas Przygód Zwierząt - Nasza Księgarnia - Książeczka z naszej domowej biblioteczki.

Atlas Przygód Zwierząt - Nasza Księgarnia - Książeczka z naszej domowej biblioteczki.
Psy, koty, szopy, lisy, pingwiny, tygrysy, papugi, pszczoły i ich smakowity miodek, dżdżownice i kreciki ... są u nas na tapecie.
- Dlaczego, a gdzie, a po co ?

Pamiętam, jak nie mogłam się doczekać, aż córka zacznie mówić i zadawać pytania - przecież nie może to być takie męczące. Z resztą to dobrze, gdy dziecko zadaje pytania...

A teraz?
Ja się zastanawiam skąd ona tych pytań tyle bierze. Jak są to pytania o zwierzęta, roślinki, czy o to jak coś działa i po co, to jest ok.
Gorzej, gdy zaczyna zadawać niewygodne pytania i ten, kto śledzi nasz fanpage, domyśla się o co chodzi - podpowiem, że o braciszka...
Nie o tym jednak dziś będzie.

Ostatnio w moje ręce trafiła książka idealna dla ciekawskich dzieci, dzięki której można przybliżyć świat zwierząt.
Dzięki niej dziecko może wzbogacić swoją wiedzę, czy znaleźć odpowiedzi na pytania o  które jeszcze nie zdążyło zapytać. Pozycja którą chcę Wam dzisiaj przedstawić jest też dobrym pretekstem do wspólnie spędzonego czasu. Książka jest bardzo interesująca i zawiera wiele ciekawostek.

ATLAS PRZYGÓD ZWIERZĄT


Pierwsze co mnie zaskoczyło, to rozmiar książki. Jest największa ze wszystkich książek w naszej domowej biblioteczce. Nie bez przyczyny jej format jest taki duży - dzięki temu wszystkie zawarte w książce mapy są szczegółowe.


Na pierwszych stronach znajduje się mapa świata wraz z oznaczeniem występowania niektórych zwierząt - widzimy zarówno zwierzęta "popularne", jak i te mniej znane. Już przeanalizowanie mapy i oznaczonych zwierząt zainteresuje dziecko i zachęci do bliższego poznania ich gatunku.






 Książka podzielona jest na siedem części i każda z nich poświęcona jest poszczególnym kontynentom - przedstawiony jest poszczególny fragment mapy, oznaczone są zwierzęta a także konkretne ich występowanie.
Kolejną atrakcją jest możliwość przyjrzenia się poszczególnym gatunkom - na przykład takiemu słoniowi - dowiemy się do czego jest mu potrzebna trąba.














To co najbardziej podoba mi się w tej pozycji, to fakt, że posiada dużo ciekawostek. Oczywiście nie dla wszystkich dzieci, więc jak przeglądamy ją z Hanią, to dokonuję selekcji.
Ilustracje są  szczegółowe, odwzorowują naturalne środowisko poszczególnych gatunków urozmaicone o komiczne elementy.


ATLAS PRZYGÓD ZWIERZĄT jest fantastyczną pozycją dla ciekawskich. Zainteresuje ona nie tylko maluchy, ale także starsze dzieci w wieku szkolnym. 
Świat przyrody jest piękny i właśnie ta pozycja przybliża do niego czytelników.

Zdecydowanie POLECAM! 

M.


Wydawnictwo: NK





poniedziałek, 20 marca 2017

Wybrałam życie na wsi.

Wybrałam życie na wsi.
Wychowałam się na wsi. Nigdy nie czułam się z tego powodu gorsza.

Kiedy byłam dzieckiem, miałam przyjaciółkę mieszkającą w mieście.
Wyobraźcie sobie ile było frajdy, gdy ona mogła przyjechać do mnie na weekend i zobaczyć jak się żyje na wsi, albo kiedy ja mogłam pojechać do niej i zasmakować miejskiego życia.
I wiesz co - w życiu nie zamieniłabym się z nią.
Życie na wsi miało swoje minusy, kiedy było się dzieckiem, czy nastolatkiem, ale miało też całkiem sporo plusów.

Kiedy rozpoczęłam studia w mieście oddalonym o ponad 50 km, wiedziałam, że nie dam rady - plan zajęć był różny, a nie zawsze miałam do dyspozycji auto. A do tego ja - młoda i zakochana miałabym się tak rzadko widywać z ukochanym? I oczywiście koszty dojazdu i czas podróży...
Ciężko było mi to sobie wyobrazić, więc decyzja była jedna - przeprowadzka.
O tym jakich mieliśmy sąsiadów mogłabym rozpisać się na kilka stron, a nawet powstałby świetny scenariusz komedii, horroru i dramatu, ale nie o tym jednak dziś.
Razem z moim obecnym mężem zamieszkaliśmy w wielkim mieście i jednocześnie stanęliśmy przed najtrudniejszą z życiowych prób. Zamieszkaliśmy razem i efekt tego jest taki, że już 9 lat jesteśmy razem i mamy dwie córki (ale to już wiecie) :)
Zasmakowałam, a nawet na chwilę zachłysnęłam się tym miejskim życiem - wygoda przede wszystkim. 5 minut drogi dzieliło Nas od centrum handlowego.
Mieliśmy kino, supermarkety, pizzerie - wszystko pod nosem.
I było fajnie. Na chwilę, bo jednak po krótkim czasie zaczęło nam brakować tej ciszy, własnego podwórka, możliwości spaceru do lasu i przede wszystkim tego wiejskiego powietrza - i nie mam tu na myśli smrodku od lokalnych gospodarstw, a tej świeżości.
Cały tydzień czekaliśmy na weekend, by wybrać się do rodziców, by rano obudził Nas śpiew ptaków, czy trąbiący pod domem piekarz ze świeżym pieczywem.
Poobiedni spacer do lasu dodawał tyle optymizmu na nowy tydzień i energii, a w dniu wyjazdu naprawdę żal było wyjeżdżać.

Z czasem zakupy w pobliskim CH stawały się koszmarem - zawsze, o każdej porze tłumy ludzi, pośpiech. Wypady do kina jedynie nie straciły na swojej atrakcyjności.
Stukanie sąsiadów z boku, czy z góry przyprawiało o ból głowy. Codziennie (oprócz niedzieli) naszym budzikiem była sąsiadka, która w szpilkach tak głośno schodziła po schodach o tej samej porze. Czasem zdarzało jej się w tych szpilkach biec po tych schodach, a nawet i kilka upadków się naliczyło.

Niedaleko Nas był motopark, na którym co niedzielę spotykali się fani czterech kółek. Od godziny 7- 8 nie dało się już spać. Palenie gumy, pisk opon ...

Kiedy z czasem tęskni się za swoim domem, czterema kątami, spokojem, pewnego rodzaju azylem, wszystko inne zaczyna coraz bardziej przeszkadzać.
Czuliśmy się po pewnym czasie jak w więzieniu.
Osiedle mieliśmy bardzo spokojne. Sąsiedzi byli mili, ale trafiali się też i wredni - jak to wszędzie. Kiedy snuliśmy plany o przyszłości, nie wyobrażaliśmy sobie życia z dziećmi w mieście. Obiecaliśmy sobie, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, by wrócić na wieś.

Tak też się stało.
Mieszkamy na wsi, tuż pod samym lasem i nadal nie wyobrażamy sobie życia w mieście.
Mamy obowiązki - palenie w piecu, przygotowanie drewna - ale mamy też swoją przestrzeń. Spokój i ciszę. Podwórko.
Może nasz wybór był zależny od tego, że właśnie my sami wychowaliśmy się na wsi?
Zapewne tak. Gdybyśmy połowę życia spędzili w mieście, to trudno byłoby nam wyobrazić sobie życie na wsi..

A Ty? Mieszkasz na wsi, w mieście? A może marzysz o przeprowadzce?


Pozdrawiam, M.

czwartek, 9 marca 2017

Zaakceptuj ! Będzie Ci łatwiej.

Zaakceptuj ! Będzie Ci łatwiej.
Macierzyństwo, to najwspanialsza przygoda życia i zawsze to powtarzam, ale bywa i tak, że jest jak wyboista droga bezgwiezdną nocą.

Bywają cudowne chwile, które wynagradzają te gorsze momenty. Szybko zapomina się o nieprzespanych nocach, chwilach bezsilności, a uśmiech dziecka rekompensuje wszystko.
Dla mam to żadna nowość, a przyszłe mamy zapewne również o tym już słyszały- pamięć matki jest krótka jeśli chodzi o te wszystkie momenty, w których bywało się sfrustrowanym na tyle, by krew zawrzała.

Rodzice dzielą się na trzy grupy - na tych, co nie żałują lukru i na tych, którzy użalają się nad swoim losem. Jest jeszcze ta trzecia grupa - to rodzice, którzy mówią jak jest, nie upiększając i nie szpecąc.

A jak jest?
Pot, łzy, boląca głowa przeplatane radosnymi okrzykami, ogromem szczęścia i wyjątkowymi wspomnieniami.

Tak naprawdę słodko i kolorowo nie zawsze jest, ale tragicznie również nie. 
Dziecko nie jest ciągle czyste i uśmiechnięte, przeziębień, czy ząbkowania nie przechodzi z uśmiechem na małej buźce, a o jedzenie się nie upomina śpiewając dźwięcznym głosem przyjemnym dla ucha. Stawiając pierwsze kroki i upadając nie śmieje się, a płacze.
Z drugiej strony- dziecko  płacze i płakać będzie- to jest przez dłuższy czas jedyny sposób komunikacji. 
I wiedz, że pierwszy upadek dziecka, to nie ostatni - będą też siniaki, guzy, zadrapane kolana.

Nie zawsze będziesz miała czas dla męża, dla drugiego dziecka, dla siebie samej. Nigdy nie będziesz wiecznie zdrowa- przeziębienia i Ciebie dopadną.
Nie znaczy to jednak, że musisz wciąż narzekać. Nie ty pierwsza i nie ostatnia będziesz niewyspana, przeziębiona z dudniącą głową i masą rzeczy do zrobienia. Trzeba ogarnąć panujący chaos.
Im bardziej rozczulamy się nad sobą, tym więcej rzeczy nam później przeszkadza.
Łatwo się mówi.

Sama kiedyś narzekałam. Maruda się załączała we mnie i podziwiam tych którzy wtedy ze mną wytrzymywali. Czasem takie marudzenie to był po prostu upust złości, żalu, bo potem wracało wszystko do normy.
Szybko się jednak oduczyłam narzekania. Zaakceptowałam faktyczny stan mojego życia. Przestałam szukać problemów tam, gdzie ich nie było.

Przypomina mi się sytuacja, kiedy mieliśmy jechać do stomatologa.
Oczywiście my już gotowi do wyjścia i co ja słyszę? Pfff - no tak, Majce trzeba zmienić pampersa. Ogarnęłam szybko i już wychodzimy z domu, gdy Hania idąc do auta się przewróciła.
Na prostym.
Po prostu potknęła się o własne nogi. A tu deszcz, błoto - wrzeszcząca Majka, bo przecież jak w czapce, to szału dostaje. A Hania? Spodnie, płaszcz do przebrania. W dodatku zaryła nosem i czołem.
Tak więc, powrót na jednej nodze do domu.
- Nie spóźniliśmy się, bo oczywiście nauczeni doświadczeniem, mieliśmy kwadrans w zapasie.
Tego typu seria wydarzeń nie jest nam obca.
Złoszcząc się i narzekając nic byśmy nie zyskali. Podchodząc do takiej sytuacji na luzie - oszczędziliśmy sobie nerwów.
Nie pierwszy i nie ostatni raz tego typu sytuacja i jak to Hania mawia "Zdarza się i to dosyć często".
Poza tym taki upadek, to nie jest koniec świata. I pamiętajmy, że dziecko chłonie jak gąbka - uczy się od nas reakcji w różnych sytuacjach.

Zostając rodzicem, trzeba się także pogodzić, że z czasem dla siebie jest różnie.
Cierpisz z powodu chronicznego braku czasu albo masz go za dużo i nie wiesz w co ręce włożyć, od czego zacząć, co nadrobić.
Z czasem nabierasz wprawy i jesteś w stanie wygospodarować dla siebie dłuższą chwilę w ciągu dnia by spokojnie wypić kawę, rozwiesić pranie, czy obejrzeć serial.

Każda z powyższych opcji jest zależna od wielu czynników, w sumie to jednego, głównego jakim jest dziecko. Od jego charakteru, humoru. Pozostałe czynniki to Twoje samopoczucie i ilość snu, czy wypitej kawy, która jest nieocenionym pomocnikiem w walce z codziennością.


Mając w domu jednego malucha, radziłam sobie zdecydowanie lepiej. Mając w domu dwójkę - jest  trudniej. Zwłaszcza, gdy młodsze jest bardziej wymagające, albo ... ząbkuje.

Ale!

Głowa do góry - jesteś mamą, więc kto da radę przetrwać, jak nie Ty ? :)
Spędziłaś cały dzień w dresie? Trudno, zdarza się.
Znowu nie miałaś czasu żeby usiąść przed komputerem? Nie dziś, to jutro, a jak nie jutro to ... kiedyś :)
Wróciłaś ze spaceru z utrolonym dzieckiem? Wypierze się. Ubrania oczywiście ;-)

Tak naprawdę, wystarczy zaakceptować wszystko to, co się dzieje - całą tą otoczkę wokół siebie. Wtedy jest zdecydowanie łatwiej.
:-)

Mówię (a raczej piszę) Wam to ja! Matka, której druga pociecha jest (uwierzcie na słowo) bardzo wymagająca.


Edit: Poprawiam ten tekst od tygodnia. Zazwyczaj mam możliwość przeczytania go i zaraz lecę do Majki, po czym zasypiam razem z nią. Po tygodniu (i nie wiem jaki dzień będzie jutro) marudzenia, płaczu, krzyku, gryzienia i nieprzespanych nocach, czytam ten tekst i myślę sobie - jaką to ja musiałam być oazą spokoju i optymistką pisząc to. Po tym całym tygodniu, ja przecież jestem strzępkiem człowieka. Waga -5 co najmniej, zaległości w dziecięcej lekturze i brak snu.

I nastaje nowy dzień - biorę na klatę wszystkie jojczenia, płacze. Popijam kawę i chowam wszystkie zegarki, by czas się nie dłużył. Akceptuję. Jest łatwiej.


I dochodzę do wniosku, że gdyby nie mój mąż, znalazłabym się zapewne w psychiatryku.
A o ząbkowaniu nie chcę nawet rozmawiać. Chorób też już mam powyżej uszu - inhalacje i gluty po pas śnią mi się po nocach... Na szczęście jest już u Nas w porządku, mimo to największym koszmarem matki są chorujące dzieci, mąż i ona sama w tym samym czasie...

M.
Copyright © 2014 Cytryniaki , Blogger